Kliknij tutaj --> 🎑 morskie oko historia prawdziwa

Ulica Morskie Oko (dawniej: Koracjego albo Corazziego) - uliczka położona na terenie Starego Mokotowa. Biegnie od ul. Puławskiej na wschód. Zaczyna się bramą w Domku Gotyckim i kończy się ślepo w Parku Morskie Oko (staje się jedną główną uliczką parku). Od 1926 roku do końca II wojny światowej ulica nosiła nazwę Koracjego - spolszczoną wersję nazwiska Antonio Corazziego Ale Morskie Oko jest nie tylko malownicze. Może też niejednym was zaskoczyć! Zebraliśmy 11 najciekawszych faktów i najdziwniejszych opowieści o Morskim Oku. "Morskie Oko" - historia prawdziwa (na wesoło) Obserwujący 0. Zaktualizowano 31 Grudnia 2017. Liczba wyświetle W pierwszym odcinku Wojtek i Rafał przybliżają postać Napoleona i jego tzw. sto dni, czyli okres od 1 marca 22 czerwca 1815 roku, kiedy to genialny dowódca powrócił z wygnania by po raz ostatni przejąć władzę we Francji i stanąć oko w oko ze swoimi wrogami. Morskie Oko is a Polish lake located high in the Tatra Mountains. This photo was submitted to Your Shot, our storytelling community where members can take part in photo assignments, get expert Site De Rencontre Nord Pas De Calais Gratuit. Turyści bez wyobraźni nad Morskim Okiem. Mogło dojść do tragedii Data utworzenia: 19 grudnia 2020, 21:37. Pomimo pandemii koronawirusa i obostrzeń turyści wciąż licznie odwiedzają Morskie Oko w Tatrach. Niestety, wykazują się przy tym skrajną nieodpowiedzialnością. Do sieci trafiło zdjęcie sporej grupy ludzi na zamarzniętej tafli jeziora. Sęk w tym, że lód na Morskim Oku jest bardzo cienki. To proszenie się o tragedię. Bezmyślni turyści chodzą po zamarzniętym Morskim Oku. Foto: Grzegorz Momot / PAP Morskie Oko to jedna z najpopularniejszych atrakcji w polskich Tatrach. Także teraz nie brakuje chętnych do podziwiania urokliwego jeziorka ukrytego wśród ośnieżonych szczytów gór. Niestety, wielu z turystów kompletnie brakuje wyobraźni. Profil Aktualna sytuacja w Tatrach opublikował zdjęcie zrobione przez jedną z internautek właśnie nad Morskim Okiem. Na fotografii widać kilkadziesiąt osób stojących na zamarzniętej tafli wody. Część z nich robi sobie pamiątkowe zdjęcia, część podziwia okoliczności przyrody. Raczej nie wyglądają na świadomych ogromnego zagrożenia, w jakim się znaleźli! - Dramat nad Morskim Okiem... Lód ma 5 do 6 cm grubości, a na lodzie masa ludzi... Co roku te same apele... Czy to już tradycja, że musi dojść do tragedii i kiedy do niej dojdzie... Drodzy turyści, bardzo Was prosimy o rozsądek... - piszą prowadzący facebookowy profil, udostępniając niepokojące zdjęcie. Internauci w komentarzach nie mają litości dla bezmyślnych turystów. "Ludzie sami proszą się o kłopoty, a nawet i o to by doszło do jakiejś tragedii. Na głupotę nie ma lekarstwa" - pisze jedna z komentujących. Inna osoba dodaje, że ta takie zachowanie powinien być nakładany bardzo wysoki mandat przez władze Tatrzańskiego Parku Narodowego. "Oczywiście, że musi dojść do tragedii. Tzw selekcja naturalna. Wtedy może ludzie zrozumieją, że ten lód jednak może się pod kimś załamać" - pisze jeden z internautów. Zobacz także Tatrzański Park Narodowy informuje, że obecnie szlaki w wyższych partiach Tatr pokryte są niewielką ilością śniegu, pod którym w wielu miejscach zalega lód. Śnieg jest przeważnie zbity i twardy, a miejscami wystają kamienie. - Należy zachować ostrożność, ponieważ jest bardzo ślisko. Ślisko jest również na szlakach położonych w dolinach, są one w większości pokryte lodem. Przypominamy, że dni są coraz krótsze i ciemno robi się już przed godziną 16. Należy tak zaplanować wycieczkę, aby powrócić ze szlaku przed zmrokiem. Apelujemy o niewchodzenie na tafle stawów, ponieważ dopiero zamarzają. Lód w wielu miejscach jest bardzo cienki i z łatwością może się załamać - ostrzegają pracownicy TPN. KN /1 Grzegorz Momot / PAP Lód jest jeszcze bardzo cienki. Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: Leśniczy Tatrzańskiego Parku Narodowego znad Morskiego Oka zaobserwował nad jeziorem ślady obecności niespotykanych tam zwierząt. Poobgryzane drzewa są ewidentnym dowodem na to, że nad słynnym stawem pojawiły się bobry. To prawdziwa nowość dla ostatnich latach w górach pojawiło się wiele dawno nie widzianych gatunków - orły, czarne bociany, rysie, a nawet dziki. Jak zapewnia Grzegorz Bryniarski, do zwierzęcych mieszkańców Tatr dołączyły bobry."Pierwszy raz widzę ślady bytowania nad Morskim Okiem"Grzegorz Bryniarski donosi, iż po raz pierwszy w historii bobry przywędrowały nad Morskie Oko. Wcześniej pojawiały się w tym rejonie wyłącznie na niższych płaszczyznach - w Dolinie Roztoki czy na Łysej obecności bobrów świadczą ścięte drzewa nad stawem, jednakże dotychczas przyrodnikom nie udało się zaobserwować zwierząt czy też złapać je na gorącym uczynku. Według przyrodnika to prawdopodobnie jeden młody osobnik, który zapędził się nad staw w poszukiwaniu nowych terytorium. Dodał, iż pierwsze ślady jego obecności zostały zaobserwowane 19 Na początku przypuszczaliśmy, to był jednorazowy wypad bobra w te rejony, jednak dalsze obserwacje wskazały, że próbuje się tu osiedlić - wyjaśnia pracownik TPN. Wzruszająca historia rannego zajączka. Dzieci i motornicza podjęli walkę z czasem o jego życieCZYTAJ DALEJPrzyrodnicza nowośćNa razie przyrodnicy nie są w stanie oszacować ile bobrów zamieszkuje TPN i skąd one przybyły, jednak będą sprawdzać, czy wzdłuż Rybiego Potoku nie ma kolejnych śladów bytności bobrów. Leśniczy zaznacza jednak, że zwierzęta te prawdopodobnie nie zadomowią się nad Morskim Okiem. Powodem jest niewystarczająca ilość preferowanych przez bobry drzew liściastych, co uniemożliwia im zbudowanie Nie sądzę, żeby bobry zadomowiły się na dobre nad Morskim Okiem. Musiałby zbudować tutaj żeremia. Będziemy dalej go obserwować - podsumowuje Grzegorz to zwierzęta objęte ścisłą ochroną gatunkową, a także jeden z niewielu gatunków zwierząt, który świetnie aklimatyzuje się do zmian w środowisku przyrodniczym dokonywanymi przez człowieka. W ostatnich latach w Polsce liczebność tych pracowitych, choć nieco szkodliwych zwierząt stale wzrasta. Jest ich tak wiele, że w niektórych regionach kraju powodują coraz większe szkody w rolnictwie i gospodarstwach rybnych. W ubiegłym roku tylko w województwie warmińsko-mazurskim oszacowane straty powodowane przez bobry wynosiły aż 3 miliony nagranie:Źródło: swoją wiedzę o gryzoniach!Pytanie 1 z 8Największym gatunkiem chomika jest...?Dołącz do nasJeśli chcesz przedstawić nam swojego pupila lub masz ciekawą historię związaną ze zwierzęciem do opowiedzenia, napisz do nas na redakcja@ Pamiętaj też o dołączeniu do naszej grupy na Facebooku, gdzie możesz spotkać innych miłośników zwierząt - Kochamy Zwierzęta. Bądź z nami!Hanna Lis opowiedziała o adopcji psa ze schroniska. „Ma swoje wady, ale i największe psie serce pod słońcem"Orka nie może pogodzić się ze stratą dzieci. Z rozpaczy uderza w ścianęKundelek został porzucony na łaskę losu. Miał być "złym psem" 18 lat temu pod Rysami doszło do jednej z największych tragedii w Tatrach. 28 stycznia 2003 potężna lawina porwała dziewięcioro uczestników wyprawy górskiej z I LO im. Kruczkowskiego w Tychach. Spotkanie z żywiołem przeżyła tylko jedna licealistka. 18 lat od największej tragedii pod Rysami 18 lat temu pod Rysami zginęło sześcioro licealistów, starszy brat jednego z nich i jeden z opiekunów. Ich nazwiska widnieją na tablicy pamiątkowej, która w pierwszą rocznicę tragedii zawisła na pamiątkowej tablicy w tyskim liceum. W lawinie zginęli: Ewa Pacanowska Artur Rygulski Szymon Lenartowicz Andrzej Matyśkiewicz Łukasz Matyśkiewicz Justyna Narloch Tomasz Zbiegień W wyniku obrażeń, 2,5 miesiąca po tragedii zmarł Przemysław Kwiecień. 28 stycznia 2003 był drugim dniem ferii zimowych i drugim dniem górskiej wycieczki licealistów pod opieką Mirosława Sz., nauczyciela geografii i szefa Uczniowskiego Klubu Sportowego "Pion". 27 stycznia Rysy zdobyła pierwsza grupa wyprawy, a drugiego w Tatry wyszła pozostała część wycieczki. Mimo drugiego stopnia zagrożenia lawinowego, nauczyciel, drugi opiekun, uczniowie i 22-letni brat jednego z nich, wyruszyli około siódmej rano z Morskiego Oka w kierunku szczytu. Cztery godziny później zeszła lawina. Żywioł porwał 9 osób, czwórka pozostałych uczestników wycieczki, w tym nauczyciel, przebywała ponad obrywem masy śnieżnej. Po tej tragedii szacowano, że masa spadającego śniegu wyniosła około 26 tys. ton, a czoło lawiny było wysokie na kilka metrów. Była to potężna fala, która schodząc spod szczytu zabrała wszystko, co stało na jej drodze. Uderzenie było tak silne, że roztrzaskało grubą pokrywę lodową Czarnego Stawu pod Rysami. List otwarty w sprawie tragedii pod Rysami z 2003 roku. Napisał go Jakub Matyśkiewicz. W lawinie zginęli dwaj jego bracia. Na początku 2019 roku sąd w Katowicach przyznał ojcu obu braci odszkodowanie. Miał je zapłacić nauczyciel, który organizował... "I nagle huk potężny, nie do opisania. Lawina" Michał Lubos, będący w grupie, która zdobyła Rysy pierwszego dnia wspominał w jednym z wywiadów tamte chwile: Kiedy wracaliśmy, tuż przed schroniskiem dwie czy trzy pary raków się zepsuły i śmialiśmy się, że następnego dnia nikt nie pójdzie na szczyt, bo nie będzie sprzętu. Nie było za pięknie, ale nie martwiliśmy się o kolegów, bo w górach pogoda zmienna jest i niekoniecznie ta sama w różnych miejscach. Kiedy my szliśmy przez Morskie Oko, to była mgła, a trochę dalej - czyste niebo. Tak to jest. Około dziesiątej wpadliśmy na pomysł, żeby wyjść kolegom naprzeciw. Poprzedniego dnia około południa byliśmy już w drodze powrotnej koło Czarnego Stawu, liczyliśmy więc, że gdy tam dojdziemy, to powinniśmy się spotkać. Około jedenastej byliśmy na miejscu, usiedliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie oni mogą być. Ktoś zauważył w górze malutkie punkciki. To byli oni. Ktoś wyciągnął lornetkę i zaczęliśmy ich obserwować. Szli w odstępach. Jedna trójka już zniknęła za granią, druga dochodziła, inni byli jeszcze dalej... I nagle huk potężny, nie do opisania. Lawina. Wszystko leci. Panika. Nasz opiekun kazał nam natychmiast schodzić w dół (do schroniska nie było daleko, tylko przejść przez Morskie Oko), sam został i wezwał toprowców. Ze schroniska obserwowaliśmy przez lornetkę stok. Zobaczyliśmy, że ktoś schodzi, więc pojawiła się nadzieja, iż może ich to ominęło. A potem warunki bardzo się pogorszyły, zaczął sypać śnieg i pozostało już tylko czekanie. Czekanie jest najgorsze. Lepiej wiedzieć od razu i zacząć żyć z tą wiadomością, próbować się ustawić do nowej sytuacji niż czekać. "Tego nie zapomni się nigdy..." Lawina, która 28 stycznia 2003 zeszła z Rysów porwała siedmiu licealistów z "Kruczka" oraz ich dwóch opiekunów. Przeżyła tylko jedna dziewczyna, która została wydobyta z niewielkimi obrażeniami. Jej kolega, Przemek Kwiecień, był w tak ciężkim stanie, że zmarł w szpitalu po dwóch i pół miesiącu. Prócz nich ratownicy wydobyli tego dnia również ciało 22-letniego Łukasza Matyśkiewicza. Ciała pozostałych ofiar odnaleziono dopiero po ponad trzech miesiącach: 13 maja Szymona Lenartowicza, 5 czerwca Artura Rygulskiego, 7 czerwca Ewę Pacanowską i Andrzeja Matyśkiewicza, 8 czerwca Tomasza Zbiegienia (drugi opiekun), 17 czerwca Justynę Narloch. Nikt się nie spodziewał, że aż tyle ofiar będzie. Ten dzień był po prostu koszmarny, ten i następny i potem całe 5 miesięcy, bo w sumie akcja trwała przez 5 miesięcy. Tego nie zapomni się nigdy - wspomina Maria Łapińska, szefowa schroniska nad Morskim Okiem. "Prawdziwe historie: Cisza" W roku 2010 powstał film fabularny "Cisza" w reż. Sławomira Pstronga w ramach cyklu "Prawdziwe historie", który opowiada o tragedii tyskich licealistów. Sezon turystyczny w Tatrach trwa. Turyści tłumnie odwiedzają Podhale, jednak najwięcej przyjezdnych rusza nad Morskie Oko W ubiegłym tygodniu jedna z naszych czytelniczek odwiedziła Morskie Oko i postanowiła podzielić się z nami swoimi doświadczeniami Jak przyznaje pani Janina, zarówno nad Morskim Okiem, jak i na Krupówkach było tłoczno i nie brakowało incydentów, jednak wyjazd zalicza do udanych Więcej takich tematów znajdziesz na stronie głównej Zakopane w tym roku przeżywa prawdziwe oblężenie. Potwierdzają to pojawiające się w sieci zdjęcia przedstawiające tłumy turystów na szlaku wiodącym nad morskie oko, a także kolejki do busów tam kursujących, które ciągną się w nieskończoność. Jedna z naszych czytelniczek postanowiła skorzystać ze słonecznej pogody w ubiegły piątek i wybrała się nad Morskie Oko. Opisała nam swoje wrażenia z wycieczki. Poniżej publikujemy treść listu do redakcji, który otrzymaliśmy od pani Janiny. Nigdy nie byłam nad Morskim Okiem, więc gdy ze strony znajomych padła propozycja wyjazdu, z chęcią się zgodziłam. Wyruszyliśmy w 14-osobowej grupie z Nowego Sącza o godz. 5 rano. Był to celowy zabieg, gdyż spodziewaliśmy się, że w godzinach popołudniowych będzie tam tłoczno. Droga przebiegła nam bardzo spokojnie. Na trasie nie było korków i płynnie dotarliśmy na parking w rejonie Morskiego Oka. Mimo że na miejscu byliśmy już o 7 rano, to samochodów było już całkiem sporo. ZOBACZ RÓWNIEŻ: Morskie Oko: parking tylko z wcześniejszą rezerwacją Droga nad Morskie Oko - czy rzeczywiście jest tłoczno? Weszliśmy na szlak, który o tej porze nie był jeszcze bardzo oblegany. Szliśmy spokojnie, droga była bardzo przyjemna i zajęła nam ok. 2,5 godz. Wydawało nam się, że skoro na szlaku nie ma jeszcze zbyt wiele ludzi, to na miejscu będzie jeszcze dość luźno, ale wcale tak nie było. Nad samym Morskim Okiem było już tłoczno, a była dopiero 9:30. Mimo to było bardzo przyjemnie, widoki były przepiękne, a pogoda sprzyjała. Mogliśmy nieco odpocząć po wędrówce i nabrać sił na drogę powrotną. Morskie Oko (fot. czytelniczka Onetu) W drodze powrotnej nie brakowało incydentów Około południa postanowiliśmy wyruszyć w drogę powrotną. Zaraz po wejściu na szlak ukazały nam się niewyobrażalne tłumy turystów, którzy właśnie szli w stronę Morskiego Oka. W niektórych miejscach tworzyły się korki, było ciasno i tłoczno, a nawet niebezpiecznie. W takim tłumie nietrudno się potknąć i zrobić sobie krzywdę. Dodatkowym utrudnieniem dla pieszych były wozy konne, które co chwilę jeździły zarówno w górę, jak i w dół. Jak się jednak okazało, konie nie były jedynymi zwierzętami na szlaku. Spotkaliśmy również jelenia. Spacerował sobie uboczem i zupełnie nie przejmował się obecnością ludzi. Nie spłoszyło go nawet to, że turyści podchodzili bardzo blisko i robili zwierzęciu zdjęcia. Foto: Onet Jeleń Morskie Oko (fot. czytelniczka Onetu) Na szlaku było bardzo dużo dzieci, zarówno rodzin, jak i wycieczek zorganizowanych czy kolonii. Widzieliśmy nawet maluchy w wózkach. Wśród takich tłumów szczególnie trzeba uważać na swoje pociechy. Nie zabrakło na szlaku rodziców, którzy w panice szukali małego chłopca, który nagle zniknął im z oczu. Dziecko na szczęście dość szybko się znalazło, jednak nie obeszło się bez nerwów. Po zejściu ze szlaku udaliśmy się do naszego autokaru, by ruszyć w stronę Krupówek. Parking był już bardzo zatłoczony - zarówno przez samochody osobowe, jak i liczne autokary. Dotarłyśmy na Krupówki - tam również było tłoczno. Na szczęście nie natknęliśmy się na żadnego misia, który zachęciłby nas do zdjęć. Foto: Onet Krupówki (fot. czytelniczka Onetu) ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kosztowne zdjęcie na Krupówkach. "Podeszli do nas znienacka" Ile kosztuje obiad na Krupówkach? To był dobry moment na zjedzenie obiadu. Udaliśmy się więc do jednej z restauracji na Krupówkach. Na sześć osób zamówiliśmy zestaw: frytki, ziemniaki, żeberka, golonka, karczek, filety z kurczaka, szaszłyk i zestaw surówek. Całość kosztowała nas 160 zł, więc ok. 27 zł za osobę. Pozostali zamówili pierogi, kwaśnicę, burgery. Porcje były duże, można było się najeść. Szklanka napoju gazowanego lub soku kosztowała ok. 10-15 zł. Można zatem powiedzieć, że obiad zjedliśmy w przyzwoitej cenie. Po obiedzie ok. godz. 16 udaliśmy się już do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku Nowego Sącza. Tym razem już nie obeszło się bez korków i swoje trzeba było odstać, szczególnie na początku trasy, w okolicach Nowego Targu zrobiło się już luźno. "Było warto" Ogólne wrażenia z wycieczki – pozytywne. Myślę, że warto odwiedzić Morskie Oko latem, mimo że można zastać tam tłumy. Złotym środkiem może okazać się wyruszenie w trasę wczesnym rankiem, kiedy jeszcze nie ma wielkiego tłoku. Noc złowrogo osnuwała zasypane śniegiem górskie szlaki. Z gęstych krzaków rosnących przy drodze dochodził głos bardziej przypominający charczenie niż mowę: – Patrz, te głąby idą prosto w oko szefowi. – Chyba w paszczę? – Zaczaimy się koło Wodogrzmotów i dalej w tan. – Jak ja to lubię. Przerażające cienie przemknęły pomiędzy drzewami. Grupa zlęknionych osób, trwożliwie oglądając się za siebie, powoli krok za krokiem, schodziła w dół. Zmarznięte twarze i czerwone nosy dobitnie świadczyły o ciężkich przejściach mijającego dnia. Na domiar złego nikt nie chciał im pomóc. Ani GOPR, ani policja, straż pożarna też nie. Zero litości, a przecież wiadomo, że tatrzańskie zombi tylko czekają na takie okazje. Zombi to mało, są przecież jeszcze niedźwiedzie i te… najgorsze… świstaki ludojady. Zeszłej zimy doszło, do mrożących krew w żyłach napadów. Wygłodniałe świstaki zżarły wszystkie kabanosy „Tarczyński” z plecaków warszawskiej grupy studentów AWS. Oprócz kabanosów raczyły się również zapasem żelu do włosów i niestety, trudno w to uwierzyć, ale bezczelnie wychlały całą wódę. Nie dość, że zepsuły wyjazd biednym studentom, pozbawiając ich zarówno zagrychy jak i samej głębokiej treści oraz sensu wyjazdu, to jeszcze po pijaku zaatakowały przerażoną młodzież i zasmakowały w jej krwi, przegryzając ekskluzywny pantofelek najpiękniejszej studentki. Od tej pory strach zapanował na całym szlaku do Morskiego Oka. Dzisiaj znowu mogło dojść do ekscesów. Niewielka grupa turystów – jakieś sto dwadzieścia osób – została zaskoczona przez słońce, znikające nagle za Mięguszowickimi Szczytami. Na domiar złego ktoś wyłączył oświetlenie na drodze z Morskiego Oka, bo chyba jakieś wcześniej było? Pierwsze uciekły konie ciągnąc za sobą sanie wypełnione po brzegi szczęśliwcami, którym udało się dostać do środka ewakuacji. Za nimi popędzili górale udając beztroskę, ale uważny obserwator mógł zobaczyć strach w ich oczach. Potem nastała ciemność. Co prawda ta ciemność była w pewnej mierze niwelowana przez biel świeżego śniegu i dość jasno świecący księżyc. No, ale przecież wiadomo, jak jest noc to w lesie jest ciemno. Grupa, po omacku jak armia ślepców, powoli zbliżała się do Wodogrzmotów. Większość nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa wiszącego nad nimi. Właściwie to nie wiszącego, ale czającego się w zaroślach. Nagle dał się słyszeć przeraźliwy świst, jeden, drugi, trzeci… Świsty – gwizdy dobiegały z każdej strony. Turyści przerażeni zaczęli krzyczeć. Parę osób wylądowało w śnieżnych zaspach. Ktoś poleciał prosto do strumienia. Zatrzymał się na oblodzonej części, ale nic to nie dało, bo zaatakowały go pstrągi gryząc w vibramową podeszwę, która na szczęście wytrzymała atak. Tak, tak jak w góry to tylko buty na vibramie. Tymczasem turyści rzucili się do panicznej ucieczki. Ciemność i śnieg przestały przeszkadzać. Każdy biegł, co sił. Silniejsi próbowali słabych przewracać i rzucać do tyłu na pastwę wściekłych bestii. Ktoś w biegu wyjął z plecaka resztki kabanosów i rzucił za siebie, trafiając innego prosto w oko. Ten myśląc, że to świstak rzucił się na jego głowę wrzeszczał jak opętany. Sympatyczna, aczkolwiek przerażona blondynka wyciągnęła z torebki firmy Miu Miu, żel do włosów, odwróciła się i z całej siły rzuciła w kierunku napastników. Pojemnik poleciał w ciemność, z której po chwili doszło głośne mlaśnięcie i czknięcie, na dźwięk, którego resztki odwagi opuściły uciekających. Krzyk przerażenia niósł się po górach, wywołując dwie lawiny po słowackiej stronie. Turyści jak banda dzikich Mongołów, wrzeszcząc i opędzając się wyłamywanymi naprędce kijami i gałęziami, zbliżała się do Polany Białczańskiej. Pierwszy, który dopadł samochodu zawołał przerażonym głosem do przyjaciół: – Kluczyki! Kurwa, kto ma kluczyki! – Mariolka! – wydarł się ktoś – Dawaj Kluczyki! Niestety, Mariola, po oddanym rzucie pojemnikiem z żelem, bo to właśnie ona była tą odważną dziewczyną, przewróciła się i została na polu walki. Na szczęście zobaczył to barczysty olbrzym. Wziął ją pod pachę i kontynuował ucieczkę. Nieszczęśliwie pośliznął się na wieczku od żelowego pojemnika i upadł, boleśnie uderzając głową w torebkę Mariolki. Zanim zdążył się podnieść, dopadły go rozszalałe gryzonie. Młoda kobieta szybko odwróciła głowę od widoku wściekłych świstaków rozprawiających się z najnowszym modelem Nike, które miał na nogach młodzian. Błyskawicznie wstała i pędem dołączyła do uciekających. Coraz większa liczba turystów docierała do parkingu. Pierwsze samochody szybko ruszały do wyjazdu. Tłukąc zderzak w zderzak, trąc bok o bok, łamiąc lusterka, każdy jak najszybciej chciał się wydostać i ruszyć nawet nie na kwaterę, ale do domu. Mariola jako jedna z ostatnich wbiegła na polanę. Dotarła do wypasionego Audi, wysypała wszystko z torebki i szlochając zaczęła grzebać w stercie różnych różności. Janusz tylko patrzył na to zrezygnowany i z wyciągniętą ręką czekał na kluczyki. Po chwili samochód z rykiem przeciął krwawą ścieżkę zrobioną przez bosego barczystego olbrzyma i pomknął do domu. – Jak ja to lubię. – Można było usłyszeć głos dochodzący z krzaków. Ale nie było już nikogo, kto by chciał słuchać. Świszczący śmiech rozszedł się echem zagłuszając Wodogrzmoty Mickiewicza.

morskie oko historia prawdziwa